Wanilia [Ślina]

Tekst który mimo moich nadziei nawet nie został zauważony przez Szanowne Jury…z Wydawnictwa BrandBook.co.uk, Zastanawiać się zaczynam czy warto pisać w ogóle coś więcej niż do tzw. “szuflady”…

Wanilia
ŚLINA

Z Wikipedii:

Wanilia płaskolistna (Vanilla planifolia Andrews Bot.Repos.8:t.538 1808 syn. Vanilla fragrans Ames) – gatunek pnącza z rodziny storczykowatych (Orchidaceae Juss.). Występuje w stanie dzikim w Ameryce Południowej i Ameryce Środkowej.

[…]

·  Nazwa Vaynilla lub mały strączek pojawiła się w literaturze w 1658 dzięki pisarzowi Piso. Ale dopiero od 1703 rozpowszechniona została przez duchownego, ojca Plumier nazwa: “la vanille” (franc.), czyli wanilia.

·  Uważana za afrodyzjak.”

 

[Czasem kiedy mówię z każdym słowem nabieram pewności siebie. Powietrze pachnie wtedy waniliowo. Słowa sypią się jedno za drugim i każde następne rodzi się na zasadzie skojarzeń z poprzednim. Czasem na końcu nawet nie pamiętam jaki był punkt wyjścia. I sam sobie wierzę. Wiesz, to zabawne ale ja nigdy nie kłamię. Nawet nie wiesz jak to działa na ludzi! Siedzą i słuchają, a ja widzę w ich oczach że właśnie we mnie zanurkowali. Wtedy są moi. Reszta to tylko kwestia czasu i nastroju… Tak jak wtedy kiedy prawie spadając z wysokiego, barowego krzesła, pochylony w jej stronę szeptem opowiadałem dlaczego z setek barów na świecie musiałem wejść właśnie do jej baru…]

- Powiem to najprościej jak potrafię. Tak żebyś zrozumiała. Czas zatacza koło. Świat trwa do pewnego punktu, a później zaczyna się od nowa. Czas zatacza koło z twojego powodu, wiesz? Za każdym razem czeka. Dopóki nie spotkasz kogoś na swoje drodze i nie podejmiesz decyzji.. To ja jestem tą decyzją…. Dopiero kiedy powiesz „tak”, coś się odblokuje i wszystko potoczy się dalej. Jeśli nie to będzie trwało jeszcze miliony lat… żeby się zacząć od nowa. Tylko po to aby wrócić do punktu w którym zdecydowałaś źle. Bo czas i przestrzeń mają swój plan. Trudny do pojęcia, na pozór bezsensowny, ale zawsze plan. I nie pytaj mnie dlaczego akurat ty ze wszystkich istnień jesteś taka ważna. Bo dla mnie jesteś kimś najbardziej wyjątkowym we wszechświecie mimo, mimo że znam cię kwadrans. Dla świata może być wręcz przeciwnie. Może jesteś jak ja? Jak skaza, jak wrzód na czasoprzestrzeni wobec którego jest ona bezsilna?. Jesteś jak błąd w programie który powoduje restart całego systemu. I nie pytaj mnie skąd wiem takie rzeczy. Nie uwierzyłabyś. Po prostu to wiem i po to przychodzę żebyś wiedziała i ty. Tylko że boje się że znów przychodzę zbyt późno… Może następnym razem zdołam cię odnaleźć wystarczająco wcześnie, żeby powiedzieć ci ze każde rozstajne drogi twojego życia, każdy moment decyzji może w kocu pchnąć świat na właściwy tor. Bo z każdym cyklem wszystko się starzeje, choć z pozoru co do milisekundy jest identyczne. Materia się starzeje. Atomy są zmęczone jak ktoś kto przebiegł bezsensowne czterdzieści kilka kilometrów tylko po to żeby ostatkiem sił krzyknąć: „Przegraliśmy!”. I ja też jestem zmęczony. Dobro staje się gorsze, a zło bezzębne. A może jeszcze nie jest za późno? Pomyśl o tym czasem. Ja tutaj jestem. Czekam.

[Właściwie to powinienem być pijany jak ona kiedy mówiłem te słowa. Byłoby sprawiedliwie. Sam nie wiem co mnie do tego popycha. Może testuję innych, może po prostu testuję sam siebie. Kiedyś pewnie ktoś mnie za to zabije. Tylko, że ja się nigdy nie upijam. Cholera wie dlaczego. Za każdym razem mam na ten temat inną teorię.]

- Ślina? – powiedziała w kompletnych ciemnościach w których jedynym punktem odniesienia były ogniki naszych papierosów i blada poświata ulicy przebijająca się przez buropurpurowe zasłony. Materac zaskrzypiał cicho kiedy odwróciłem się w jej stronę. Dostrzegłem, albo tylko mi się wydawało, że mogę zauważyć zarys jej nagiego ciała. Czułem bijące od niej ciepło i wiedziałem ze wystarczy jeden ruch z mojej strony, żeby nie musieć odpowiadać na żadne pytania. Tylko, że ona była jedna z tych niewielu ludzi z którymi naprawdę lubiłem rozmawiać. Właściwie mówić do nich. Z którymi byłem nawet chwilami szczery.
- Tak?
- Dlaczego ty się nigdy nie upijasz, Ślina? To znaczy czemu ty udajesz ze jesteś pijany, a tak naprawdę jesteś zawsze tak samo przeraźliwie trzeźwy, nawet kiedy bez powodu patrzysz tym swoim nieobecnym wzrokiem? Jak ty to robisz?
- Chcesz znać prawdę, pół prawdy czy mam kłamać?
- Mi możesz powiedzieć prawdę, przecież wiesz ze ja lubię ciebie słuchać…
- Wiem.
- To… Dlaczego ty się nie upijasz Ślina?
Zgasiłem papierosa. Poczekałem chwilę, aż ona zrobi to samo ze swoim. Położyłem rękę na jej gorącym brzuchu. Patrząc na punkt w ciemności w którym jak mi się wydawało powinny być jej oczy i zniżając głos do lekko chrapliwego szeptu powiedziałem:
- Często słyszę w głowie jakieś osoby… to znaczy nie słyszę ich fizycznie, ale wiem że tam są. Prawie cały czas. Kiedy ich nie ma nie mogę się uspokoić. Pewnie jestem nienormalny. Prawie na pewno. Czasami strasznie wkurwiają mnie te „glosy”. Właściwie to zawsze mnie denerwują. Nie wnoszą do mojego życia nic pożytecznego. Wtedy je upijam. Jeden po drugim robią się senne albo idą rzygać gdzieś w zapomnianych zaułkach mojej podświadomości. Pewnie całą tą podświadomość mam zarzyganą i olaną od góry do dołu. Od lewej do prawej. Gdzieś kiedyś czytałem, że mieli tak szamani. To znaczy nie zarzyganą podświadomość tylko z tymi głosami. Dlatego wpieprzali grzyby albo palili rożne zioła. Nie jestem pewny czy dobrze zrozumiałem, bo ksiązka była bez kilku rozdziałów i po rusku. Wiesz. Mój rosyjski nie jest wcale taki dobry. Alfabet mnie denerwuje. Dlatego wole mówić. W każdym razie…Dlatego ja się prawie nigdy nie mogę nawalić. Nie wystarcza mi nigdy czasu żebym w tym kolejnym upijaniu „duchów” dotarł w końcu do samego siebie.. Kiedy miałem taką akcję że mi się udało! Serio! Co do jednego najmniejszego skurwysyna ich uśpiłem. Leżałem potem na ziemi, pod drzewem, w takim lekkim zagłębieniu trawnika. Niewidoczny dla gliniarzy. Praktycznie w centrum dużego miasta leżałem… Ziemia była miękka i pachniała trochę jabłkami. Nawet mi zimno nie było. Poczułem wtedy, że ziemia się otwiera. Zapadałem się coraz głębiej i głębiej… Było tak ciemno i nie było kolorów. W końcu znalazłem się na takiej długiej zamglonej ulicy. Takiej jak lubię. Stare, pofabryczne dzielnice jakiegoś dużego, obcego miasta. Właściwie może to nie była mgła. To mógł być równie dobrze dym. Mówiłem ze nie było tam kolorów? Wszystko było monochromatyczne – w kolorze brudnej, ceglastej czerwieni. I był tam mały pub. Drzwi zaskrzypiały jakby ostatni raz ktoś przekraczał je wieki temu. Mężczyźni przy długim barze pili piwo albo wódkę. Ze szklanek. Nawet się nie odwrócili. Żaden z nich. Któryś tylko powiedział: „Jakoś wcześnie jesteś.” I dodał: „Nie powinno cię tu jeszcze być, ale spanie na ziemi w listopadzie…Sam rozumiesz…”. Dziwnie byli ubrani. Jakoś tak staroświecko. Tylko ten co mówił miał długie, rzadkie włosy w kolorze brudnego mopa i poobrywaną ramoneskę. Zbliżyłem się i poznałem skurwysyna. To był mój stary. Ten zapity typ, który zostawił moja matkę ze mną, sześcioletnim gówniarzem i znikł. Zostawił nam tylko gitarę basową i kasetę demo swojej śmiesznej, metalowej kapeli. Taka prowincjonalna mierna podróbka Turbo… Jak by mi dał na imię Sue to miałbym mu przynajmniej za co w mordę strzelić…Tylko ze mój stary z tego co wiem nie żyje już z kilkanaście lat… Ten obok wyglądał jak mój dziadek. W mundurze milicyjnym widocznym  spod rozpiętego kożucha, czapce uszance i gumowcach… Pokręcone to… Wiem. Pomyślałem ze chyba jestem teraz też martwy. Już chciałem spytać tego który wyglądał na mojego dziadka, kiedy koleś z samego końca baru – nadzwyczaj bogato wyglądający, z imponującą fajką w zębach i długą siwa brodą wilka mórz północnych powiedział ze śmiesznym akcentem: „Czas już. Teraz wyjdziesz.” W tym momencie wciągnęło mnie w górę. Było znowu ciemno i cholernie ciasno. Na dodatek gorąco i mokro. Myślałem że tam zdechnę. Jakąś siła mnie wypychała. Aż nad ziemię mnie wypluło! Tak ze siniaki po upadku miałem jeszcze kilka dni. Słońce wstawało i słychać było coraz większy ruch na ulicy. Podniosłem głowę i zobaczyłem śnieg. Spadł cholerny pierwszy śnieg. Cud ze nie zamarzłem. No i od tamtej pory staram się nie pić tyle żeby dotrzeć w tym piciu do samego siebie. Myślisz pewnie ze nakłamałem ci?

[Nic nie odpowiedziała. Jej równy oddech zdradził mi słodką tajemnicę. Cóż. „Skoro ja nie śpię, ty tez nie będziesz” Schyliłem się i pocałowałem ja w pępek. A potem trochę niżej... Kilka tygodni później, po długiej i męczącej rozmowie wróciła do akademika. Na ławce w parku i podczas śniadań znowu byłem sam.]

 

[Mówią na mnie Ślina. Nie ma w tym nic śmiesznego, nie ma w tym też nic żałosnego. W miejscu w którym dorastałem odkąd pamiętam wszyscy mieli jakieś ksywki. To, że mówią na mnie „Ślina” jest więc normalne. Naturalne. Mógłbym w sumie próbować opowiadać na każdym kroku historię z podstawówki, o pani uczącej nas przedmiotu który nie wiedzieć czemu nazywał się „środowisko” która zapytała o jakąś wydzielinę, a ja wrzasnąłem szczęśliwy, że chociaż raz wyjdę na inteligentne dziecko: „Ślina proszę Pani, ślina to wydzielina!”. Ale to raczej nic nie zmieni. Nie jestem ani popularny, ani lubiany. Nigdy nie uważano mnie za osobę inteligentną, chociaż  znam trzy języki obce, a  to już chyba o czymś świadczy. Od kiedy skończyłem szesnaście lat zaczęto uważać mnie z jakiegoś powodu za kogoś ciekawego. Zwłaszcza kobiety uważały, uważają i mam nadzieję, że jak najdłużej będą uważać mnie za kogoś wartego uwagi, rozmowy, wieczoru w pubie i porannej kawy u mnie. Może nie do końca za kogoś z kim warto kupować samochód lub brać kredyt na zakup mieszkania w bloku, ale jednak. Nie jestem lubiany ani popularny, a to dlatego że od dziecka nie patrzę. Zawsze „spoglądam spode łba”. Nie chodzę – „kroczę stukając podkutymi butami”. Kiedy byłem nastolatkiem w naturalny sposób zostałem punkowcem. Potem wyrzucili mnie ze szkoły, za wagarowanie i brak szacunku do nauczycieli i kolegów.  Powinienem do kompletu mieć szpetną mordę. Najlepiej z blizną w poprzek policzka. I zepsute zęby. Niestety mam twarz osiemnastolatka i rzadki zarost na twarzy. Poza tym za dużo palę. Tak jak wtedy, kiedy odebrałem telefon i odszedłem kilka kroków od kolegów, łopatę wbijając w kupę żwiru i stałem tak oparty o walec drogowy w kolorze świeżych pomarańczy próbując się uchronić przed zimnym wiatrem wiejącym z północy..]

 

- Powiedz mi: Po co dzwonisz? I czemu nie dzwoniłaś kiedy cała moja obolała głowa wołała w nocy: „Zadzwoń! Zadzwoń teraz!”. Z kim wtedy byłaś? Jakie filmy oglądałaś? Którą płytę „Placebo” męczyłaś dwusetny raz? Nie, nie jestem zdenerwowany. Chcę tylko wiedzieć dlaczego dzwonisz. Tak. Jestem w pracy. Zimny wiatr wieje z północy. Nie. Już nie robię okien. Od kiedy? Jakieś dwa tygodnie robię drogi. Dobrze. Dzięki. To co, że znam. Tutaj mam świeże powietrze. Jest dobrze. A Ty? O! To świetnie. Czyli jeszcze dwa? Mam nadzieję, że nie bardzo trudne. Słodko. Nie, serio. Nie można mi się cieszyć że dobrze ci idzie? A jak studenci? Dobrze nie będę. Ja? Przecież mnie znasz! Jak myślisz, sypiam sam? Jak ci się wydaje? A może ktoś inny wszedł do mojego baru? Jak wiele razy przed tobą i pewnie jeszcze wiele razy po. Myślisz, że byłaś pierwsza? Myślisz, że to coś zmieni jak powiem ci że byłaś Tą Jedną Jedyną Na Zawsze Niezapomnianą Miłością mojego życia? Nie wydaje mi się. Myślisz, że twoje pocałunki były najlepszymi pocałunkami dziesięciolecia, twoje dłonie poezją, a oczy muzyką? Że ziemia się poruszyła? Albo coś jeszcze…Jeżeli tak myślisz to ci się wydaje, to śnisz. Nie. Już mówiłem, jestem spokojny. Nie mówiłbym tego, gdybym ci nie ufał. Tak, dobrze słyszałaś. Ufam. To proste jest przecież. Tak dużo wiesz o mnie. Tyle chciałaś zawsze wiedzieć. I lubiłaś słuchać. Doceniam to. Pamiętam. Chociaż nie rozumiem. Nie wykorzystałem cię! Ciebie jednej nie. Ty jedna mnie widziałaś prawdziwego, wtedy w parku, na ławce. Zmęczonego, chorego , bez wiary w siebie i nadziei na zmianę, bez kasy na koncie, odwagi i innych rzeczy które jak mi mówią miałem, mam albo powinienem mieć. Przez ten krótki moment, kiedy byłem słaby widziałaś mnie prawdziwego. Aż strach pomyśleć co by się stało, gdybyś powiedziała: „Rzućmy oboje to wszystko, wynajmijmy kawalerkę z balkonem i pelargoniami w obcym mieście i żyjmy jak miliony cichych par.” Wiem, że chciałaś. Chciałaś prawda? Ty jedna chciałaś, ale w ostatniej chwili w twoich niebieskich oczach coś na chwilę zgasło. I zaraz potem zapaliła się iskra buntu. Przeciwko mnie i moim mrzonkom. Zapalił się płomień niezależności. Tak. Teraz wybierasz. Uwodzisz. I rzucasz kiedy się znudzą. Nie? Zaczniesz. Będziesz silna, niezależna i bogata. Nie będziesz już bezbronna i zwiewna. Zaczniesz używać szminki. Zobaczysz, że zaczniesz. Z Księżniczki wyrośnie Królowa. I jak będziesz któregoś wywozić w góry złapiesz się na tym, że będziesz się zastanawiać na którym dokładnie skrzyżowaniu wylewałem asfalt… Nie chcesz tak skończyć? To może fajna willa niedaleko miasta, dwójka dzieci i mąż z kilkunastoma klockami na koncie co miesiąc? Taki co po czterdziestce zacznie cię zdradzać z sekretarką, co? Dobra. Nie będę już. Nie, no jak będziesz mieć czas to czemu nie. Lubię nadal z tobą rozmawiać. Też się trzymaj. Dobrze. Numer znasz.

 

[Cała magia zazwyczaj kończy się w podobny sposób jak się zaczyna. Głupio.]

Komentarzy: 2

  1. Koncepcja z tą jedyną, tym jedynym tylko wtedy się sprawdza, ma rację bytu gdy jest odwzajemniona, gdy nie jest to wiesz jak jest i ja wiem również.
    Magia, którą czułeś, też mogła być nieodwzajemniona. To brutalne. Czasem myślę, że u mnie nic nie było odwzajemnione. Miłość vs. obojętność.

  2. To nie ja czułem tą magię:) To Ślina czuł. Pozdrawiam:)


Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz