Stoney Stanton Blues (wersja pierwsza)

Stoney Stanton Blues

v. 1.0 

 

Krajobraz po końcu świata nie jest przygnębiający. Po prostu jest. Słońce świeci nawet odrobinę mocniej niż dawniej. Widzę o wiele wyraźniej kształty i kolory przedmiotów, roślin i małych zwierząt. Patrząc na świat bez  potrzeby jego zrozumienia po raz pierwszy mam możliwość dostrzec szczegóły, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Są teraz tak bliskie i potrzebne. Wszystko to, na  co patrzyłem każdego dnia,  ale tak naprawdę nigdy tego nie widziałem. Każda drobina kurzu unosząca się w powietrzu albo odłupany kawałek cementu udający przydrożny kamień. Zeszłoroczny liść zaplątany w pajęczynę w pobliżu drzwi do ubikacji. Biały, ochronny kask porzucony gdzieś w kącie. Przyprószony siwizną fabrycznego kurzu.  Biedronka niezgrabnie wdrapująca się na rozmyte deszczem szczątki papierosowego filtra. Zardzewiały trzycalowy gwóźdź tuż obok metalowego kubła służącego za popielniczkę. Trawa, która wyrosła pomiędzy betonowymi płytami parkingu. Cała galeria małych, nikomu niepotrzebnych rzeczy gdzieś na skraju rzeczywistości. Na krawędzi wielkiego świata ważnych spraw. Tego, który całkiem niedawno ogłosił swój koniec pomiędzy wierszami czata serwisu pocztowego google mail. Trudno jest mówić, kiedy okazuje się, że tak naprawdę nigdy nie miało się nic do powiedzenia. Albo, że słowa których trzymaliśmy pełne garście i którymi obsiewaliśmy miejskie trawniki jak słonecznikami okazały się nie warte więcej niż nadbałtycki piasek. Wyrwane wraz z połową prawego płuca i kawałkiem kręgosłupa serce wbrew zasadom logiki jeszcze mocniej pompuje krew. Coś ciepłego wypełza czasem na powierzchnię i każe pamiętać.  Każdy kolejny łyk porannej kawy, spojrzenie na ścienny zegar, mimowolne zerknięcie na wyświetlacz telefonu komórkowego. Każda czynność, słowo gest i ruch. Najmniejszy nawet uśmiech czy grymas twarzy mają znaczenia zarezerwowane dla świata sprzed.  Nawet powietrze pachnie tak samo jak wtedy. Ja sam też nie stałem się nagle kimś innym. Wszystko jest przecież takie samo. Mały, mniejszy od najmniejszej monety punkt, to ciepłe coś, straciło jednak całą słodycz i zapach. Każe pamiętać, ale nie daje nadziei. Za każdym razem coraz trudniej jest odkrywać ją w czymś nowym, gdzieś w miejscach, w których nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie. A każdej kolejnej zmiany rekwizytów i dekoracji boję się jeszcze bardziej niż poprzedniej. Okazało się, że istnieje coś takiego jak limit rozczarowań. Liczba szans jakie można dać samemu sobie nie jest nieograniczona. Przyczepiam się szczegółów jak ukwiał i tkam z nich ochronną tarczę jak pająk. To co mieliśmy. Może tylko to co miałem.. Bardzo trudno będzie komukolwiek odebrać mi wspomnienia. Chociaż pewnie wraz z upływem czasu wyblakną trochę i zostaną pokryte nowymi. Tak jak plakat nowego kinowego przeboju nakleja się na inne, starsze. Obca jest mi marna pseudofilozofia. Wierzę i wiem. Wierzę w ciebie, cokolwiek teraz robisz i z kimkolwiek teraz jesteś. Chociaż to nie jest łatwe. Wierzę w Ciebie bardziej niż w wolność wyboru i istnienie nieskończonych ścieżek, których przeczucie trzymało mnie przy życiu zanim pojawiłaś się Ty. Wierzę w to, że będziesz szczęśliwa. Wiem. Wiem, że to bełkot i tak naprawdę nie potrzebujesz takich słów. Wiem też jednak, że zmieniłaś mnie. Zmieniłaś mnie tak bardzo, że nie potrafię określić samego siebie inaczej niż poprzez Ciebie. W swojej zbroi utkanej z nieistotnych szczegółów tła pójdę dalej. Zatrzymywać inne rzeki i dotykać innych gwiazd. Krajobraz po końcu świata nie jest przygnębiający. On po prostu jest.

Nie ma jeszcze komentarzy

Brak komentarzy.

Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz