Kotka mojego sąsiada (z PZK)
(PZK- a jak!)
Zamiatam liście. Zawsze lubiłem to robić. Słyszeć ich szmer, walczyć z pojedynczymi, zbutwiałymi buntownikami przyklejonymi do asfaltu tuż obok krawężnika. Lubię ich zapach. Wiatr szumi w koronach drzew. Świeci słońce. Blaszane dachy pobliskich domów odbijają jego jeszcze ciepłe, ale już nie gorące promienie. Kotka sąsiada patrzy na mnie z zainteresowaniem przekrzywiając swój bury łepek. Zawsze lubiłem zamiatać. Działa to na mnie uspokajająco. Zagrabiam jesienne liście na małe kupki, które później zbiorę do czarnych worków na śmieci których rolkę położyłem na chodniku nieopodal. Kotka sąsiada wydaje się coraz bardziej zainteresowana wspólną zabawą. Podchodzi bliżej. Ulicą przechodzi jakiś burak w garniturze uśmiechając się ironicznie na mój widok. Pewnie jeden z tych, który dzielą ludzi na tych którym się udało i na tych którzy sprzątają u tych pierwszych. Tak jakby to co robisz w życiu, było bezpośrednim efektem twojego ilorazu inteligencji i życiowej zaradności. Pewnie moja czerwona kurtka z logo fabryki w której pracuję wydrukowanym na plecach wprowadziła kolesia w błąd i pomyślał, że to co robie teraz, robię dla pieniędzy. Teraz pełen samozadowolenia idzie przed siebie dziękując Panu, ze oto On nie musi zamiatać na pół zgniłych liści i pakować ich do czarnych worków na śmieci. Ze może oddawać się jakiemuś niezwykle ważnemu zajęciu biurowo-handlowemu. Może nawet namawia ludzi żeby wzięli kredyt? Na pewno wręczając decyzje banku o udzieleniu pożyczki czuje się niezwykle ważny. Pewnie ma wtedy erekcję. Wcale by mnie to nie zdziwiło. Na górze miły, uśmiechnięty pan w garniturze, poniżej poziomu biurka kolejny wyprężony na baczność kutas. Mam ochotę krzyknąć za nim: „Stanął ci?!” Ale jego już nie ma. Jest już na sąsiedniej ulicy. Wraca do domu żeby powiedzieć swoim dzieciom: „Uczcie się bo skończycie zamiatając ulice”. Dzieci kiwają głowami. Żona gotuje obiad. Później te dzieci widząc mnie w moim drelichowym, czerwonym ubraniu roboczym stojącego w kolejce w supermarkecie patrzą na mnie jak na okaz dziwnego, obcego zwierza w zoo a w głębi ich czystych, niewinnych „Nie zabraniajcie dzieciom przyjść do mnie” serduszek czai się pogarda. Jestem dla nich symbolem ostatecznego upadku Marzeń. Chodzącym synonimem nieudacznika. Jeszcze gorzej jak któreś z tych dzieci przez przypadek, „splot okoliczności”, brak pieniędzy, pomyłkę lub własną głupotę wyładuje w fabryce. Kompleks robola sprawi, że co rano jedząc bułkę z pasztetową będzie nienawidzić samego siebie. Zazdrość skierowana w stronę „tych, którym się udało” przerodzi się w frustrację, a ta z kolei w alkoholizm, studia zaoczne lub emigracje zarobkową. Łapię się znów na tym, że ciągle myślę właściwie tylko o jednym. Jakim cholernym cudem znalazłem się w tej jebanej fabryce? Nic nie zapowiadało tej katastrofy. Miałem przecież być profesorem, biznesmenem, gwiazdą roka lub aktorem. Jak wszyscy z mojego prowincjonalnego ogólniaka. Przecież NIKT z nas nie chciał zostać operatorem maszyn lub sprzątaczką! Teraz tkwimy na nocnych zmianach, zdezorientowani własnym życiem, bo przecież nam obiecywali, że jak się będziemy pilnie uczyć to osiągniemy Sukces. Z zazdrością wygrażamy pięściami naszym byłym kolegom wyglądającym zza biurek, gdzie tkwią w śmiesznym przekonaniu że stanowią jakąś „klasę średnią”, cos pośredniego pomiędzy „tymi, którym się udało” a nami – robolami. I tak na portalu nasza-fotka pe-el pisać będziemy ze nam się powiodło. Powoli kończę zamiatać liście. Teraz wypełnię nimi kilka czarnych worków. Jest wtorek. Połowa października. Kotka sąsiada zbliża się powolnym, leniwym krokiem i przez chwilę mam wrażenie, że się uśmiecha. Nie wiem czy to do mnie czy do liści, ale odwzajemniam jej uśmiech. Powoli rzucam w jej kierunku liść, który opadając wiruje i wydaje się nabierać życia. Jakby ostatecznie oddawał cały wiatr, ciepłe deszcze i słońce, którymi karmił się od wiosny. Ona podskakuje i próbując złapać liść wpada z świeżo usypana przeze mnie stertę jego kumpli. Przestraszana ich szmerem komicznie wyskakuje i potrząsając łebkiem próbuje odkleić ciemnobrązowy liść kołyszący się obok prawego ucha. Bardzo jest zabawna. Bajka. Tak nazwał ją mój sąsiad. Bardzo udane imię.
Brak komentarzy
Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz
