PZK - kolejny fragment. (”Polsat rulez”)

Przedwczesna fala upałów spadła na miasto jak nagłe uderzenie pięści, zadane znienacka podczas wieczornego spaceru. Zamyśliłeś się albo zasłuchałeś w muzyce, odgradzającej cię od świata i nagle: ”Bum!” Tak to on – wygolony gówniar w dresie, zaatakował znienacka i znowu musisz użyć pięści, butów, kolan, łokci i zębów, chociaż tak bardzo tego nie lubisz. Lubię spontaniczne napierdalanie się po ryjach, ale nie lubię takich niespodzianek. Nidy nie biliśmy się jak ci kolesie na filmach. Zawsze była masa szarpania się za ciuchy, palce w oczach i ślady po zębach na łydkach albo przedramieniu. Zęby powybijane butem, nosy połamane uderzeniem „z baśki”, oczy popodbijane pięściami… Tak, fala upałów spada na miasto jak dresiarz atakujący znienacka i grupowo. Roztopiony asfalt przykleja mi się do butów, a założona nieopatrznie czarna koszulka staje się źródłem cierpienia. W chwile takie jak ta zwalniam tempo i wszystko robię w „stylu tropikalnym”. Powoli, bez nerwów. Moja efektywność spada wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury. Podobnie jak efektowność. Bo jak mam być niby efektowny kiedy się roztapiam? Mimo to lubię upały. Chciałbym kiedyś zobaczyć te prawdziwe, z miejsc gdzie są one stanem naturalnym. Pojechać do Portugalii albo Brazylii i tam popracować. Wtedy mógłbym powiedzieć, że wiem coś na ten temat. W upalne dni wolne od pracy siedzimy pod drzewem w parku albo opalamy się bezczelnie na trawniku w środku osiedla, butelki z piwem chowając przed wzrokiem przechodniów w plecaku leżącym nieopodal. Co odważniejsze młodociane sąsiadki przyłączają się do nas i kolesie około pięćdziesiątki spiesząc do pobliskiego supermarketu dostają palpitacji serca patrząc na ich piersi kłujące niebo w skąpych kostiumach kąpielowych. Jakoś nigdy nie przekonaliśmy żadnej z nich do opalania w toplesie… Nic z tego. Mało odważne jednak są. My to co innego. Obaj z Ziomkiem opalamy się topless. Kiedyś próbowaliśmy botomless. Gołe tyłki w górę. Emerytki nas pogoniły. Kiedy znudzi nam się opalanie lub skończy browar kiśniemy w domu, przed monitorami naszych komputerów. Pod klatką jest kawałek cienia z ławką, zazwyczaj okupowaną przez naszych kolegów w strojach sportowych. W taką pogodę siedzą jednak ze swoimi blacharami nad miejskim zalewem, gdzie w żółtej od piachu i szczyn wodzie bezskutecznie próbują złapać je tu i ówdzie. One uciekają im na brzeg piszcząc z udawanego przestrachu i szczerego, niemal zwierzęcego podniecenia. W lecie siedzę czasem na ławce przed blokiem, palę i czytam książki. Bardzo rzadko ktoś mi przeszkadza. Czasem kumpel opuści z jakiegoś powodu Word of Warcraft i przyjdzie mi potowarzyszyć.

- Ty! Łiskacz! Skąd to masz, ziom?
- Polsat mi dał.
- Jaki znowu, kurwa, Polsat? A Tefałen dał ci może jeszcze kubańskie cygarko?
- Marek. Ten z siódmego piętra. Pogrzebałem mu trochę przy kompie, zainstalowałem kilka programów no i dostałem w prezencie butelczynę.
- Aha. Ale skąd ten Polsat?
- Tylko mu nie mów, że tak na niego mówię, okej?
- No, okej.
- Widziałeś kiedyś jego dziarę, tą na ramieniu? Chciał słoneczko jakieś inkaskie czy azteckie, ale koleś co mu to robił się chyba nie za bardzo znał na rzeczy, bo wygląda to bardziej jak logo stacji telewizyjnej.
- Hehe… Może to ten sam koleś robił, co zamiast twarzy starego Indianina wyszła mu na klacie jednego drecha wiejska babcia w chuście w kratę?
- Może…
- Z czym się pije takie trunki, ziomek?
- Z lodem chyba.
- Czekaj, to ja skoczę na górę po jakiś lód.
- Tylko nie odrywaj od filetów rybnych jak ostatnio.
- Nie bój!

W taką pogodę smakuje mi tylko piwo. Zresztą ono smakuje mi zawsze. Białe piwko z cytryną. Prosto z lodówki. W zimie grzaniec. Siedzimy lekko wcięci i liczymy drobne. Powinno wystarczyć na kilka piw.  Osiedlowy sklepik spożywczy oddalony o kilkaset metrów wydaje się strasznie odległy. W drżącym rozgrzanym powietrzu piasek i żwir pobliskiego placu zabaw wygląda jak Kalahari albo inna Sahara. Powinniśmy zdobyć wielbłąda, na głowy założyć kraciaste chusty arafatki i wydając gardłowe okrzyki wyruszyć do piwnej oazy. Spotkane dzikie plemiona pięciolatków strasząc wściekłymi surami Koranu i kałasznikowem. Ale nie chce nam się. Czekamy. Może się ktoś napatoczy kto będzie szedł w tamta stronę… Dochodzimy do wniosku, że w grudniu jednak było fajnie. Nasz legendarny Imprezowy Grudzień. Mało co pamiętamy. Ale i tak było pięknie. Chociaż mówiliśmy wtedy: „Stary! Niech się wreszcie skończy ten grudzień!”. Minęło ponad pół roku a on trwa nadal.

- Ziomek, grudzień trwa nadal!
- Idziemy do tego warzywniaka?
- Nie chce mi się, może ktoś się nawinie i się wyśle.
- Czekaj, zawołam jakiegoś małolata z placu zabaw. Da się mu papierosa to pójdzie.
- Dobra.

Lenistwo w letnie, upalne dni jest jednak pozytywne. Gdzieś tam zima trwa nadal. Ukryta tuż pod naskórkiem czeka tylko na dogodny moment żeby się ujawnić i wybuchnąć wewnętrznym zimnem, brakiem motywacji i smutkiem. Czas mija jak kaseta VHS przewijana w trybie  fast forward, niedługo będziemy znów łazili zmarznięci szukając jakiegoś schronienia przed mrozem, bólem, beznadzieją, kacem, samotnością i świętami bożego narodzenia.

—-

W mojej łódce z żółtego papieru  [...]

Brak komentarzy

Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.

Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack

Dodaj komentarz