Łódka z żółtego papieru.
Kolejny fragment z tzw. “pzk”
Łódka z żółtego papieru.
W mojej łódce z żółtego papieru powoli żegluję szerokim chodnikiem. Do końca tego miasta. Tam gdzie powoli umiera ostatni budynek. Tak jak ty i ja. Jak ten żałosny kraj. To byłby nawet dobry tekst piosenki. Gdyby to przetłumaczyć na angielski byłby to nawet może przebój.
in my small, yellow boat made of paper
I’m slowly sailing to the end of my town
where the last building is dieing slowly
like you and me, like this pathetic country
Jest grudzień. Zimowy półmrok popołudnia rozświetlają reflektory samochodów i świąteczne ozdoby sklepów. Z latarni ironicznym uśmiechem wisielców uśmiechają się do dzieci kolorowe światła podarowane miastu przez firmę produkującą piwo. Pod stopami skrzypi cienka warstwa piasku którą przyprószono zbity śnieg i lód. Przez chwilę wydaje mi się, że to mój diskmen ma awarię. Płyta dawno się skończyła, a ja słucham już tylko samochodów i delikatnego pikania świateł przejścia dla pieszych. W mojej łódce z żółtego papieru panuje spokój. Na takim papierze przysyłają mi upomnienia z banku i rachunki. Ten kolor to kolor niespłaconego debetu i dwóch kredytów krótkoterminowych. Przypominam sobie jak jeszcze nie tak dawno temu siedziałem w kuchni nad puszką konserwy turystycznej studiując dowód przekazu pieniężnego Money Gram na symboliczno-magiczną sumę stu funtów. „Kraj przeznaczenia: Polska”. Nie tak długo potem zamiast wysłać kolejną stówę wysłałem się sam. Spakowałem się pomiędzy brudne podkoszulki i gówniane książki. Kupowałem je po dwadzieścia pensów w małym antykwariacie ukrytym pomiędzy pralnią a sklepem spożywczym. Jest grudzień. Powolnym krokiem wkraczam w rejony które nie powinny nigdy zaistnieć. Nie tu i nie teraz. Nawet i nie tam. Żółta łódka dryfuje w przeszłość, a ja razem z nią. Kiedyś w tym miejscu staliśmy we mgle i rozmawialiśmy. Zza pobliskiego sklepu wyłaniali się ludzie. Potem znikali. Byłaś wtedy bardzo piękna. Lubiłem cię w czerwieni. Deszcz padał wtedy jakoś tak miękko. Kiedy indziej wracałem tędy do domu żeby napisać wiersz. O tym, że szron na samochodach i przystankach autobusowych wygląda jak diamentowy pył. Może o aniołach i innych rzeczach o których dziewiętnastolatkowie zazwyczaj piszą wiersze. Dzisiaj już tylko krok za krokiem odliczam jak skazaniec te kilkaset metrów najszerszego chodnika w mieście. Tego ze ścieżką rowerową. Wiesz gdzie. Krok za krokiem. Już niedługo, jeszcze tylko kilka godzin i skończę kolejny dzień. Zasnę wtulony w zarzyganą poduszkę. Albo w czyjeś włosy. Ciekawe czy jeszcze kiedyś zakocham się w czyichś włosach? Nie, to chyba już nie dla mnie. Jutro pójdę kupić choinkę. Będę się targował z facetem w kurce moro i czapce uszance. Później skrępujemy ją dwoma metrami plastikowego sznura i będą mi zamarzać palce kiedy będę ją wlókł poboczem ulicy. Rodzice pokłócą się podczas zawieszania świątecznych ozdób. Jutro też będzie grudzień. Mam wolne więc pośpię sobie dłużej. Wieczorem pójdę na piwo. Chyba że pozamykają bary, jak w zeszłym roku i dwa lata temu. Z żółtego papieru upomnień bankowych wytnę sobie taki śmieszny łańcuch, tak jak uczyła mnie pani w podstawówce. Powieszę go sobie na szyi. Może ktoś się uśmiechnie do mnie kiedy to zobaczy?
Brak komentarzy
Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
Dodaj komentarz
